białym widnokręgiem jak garb potworny. Stałem wtedy w oknie i
Stefan Żeromski Włocha. Nie chciał i na jeden dzień usunąć się z terenu swej pracy, bo obawa, że nie zostanie z powrotem przyjęty, była zbyt wielka - czuł całkiem wyraźnie, że przesadza z tą obawą, a jednak go
nogi... Poderwał ją uzdą, wstrzymał i puścił wolnym kłusem. Był w jakimś nieznanym miejscu, na błoniach zarosłych iwiną i chrustami, które przeraźliwie w wichrach gwizdały. Świerzopka brnęła przez
Cytat
ostatni do domu, tylko w ekspedycji pracowali jeszcze dwaj woźni w małym kręgu światła żarówki - usłyszał dochodzące zza jakichś drzwi, za którymi, jak zawsze przypuszczał, znajdowała się tylko
spłaszczonymi szczytami jakoby wieże strzeliste, nie wyprowadzone do samego krzyża. Ich pnie sinawe jaśniały w mroku. Mchy stare zwisały z olbrzymich gałęzi. Wrósłszy między głazy, w niezmierną
Cytat
swe szczyty jak gotyckie wieże otoczone bogactwem kwiatonów. Słychać było, gdy konie szły pod górę noga za nogą, szept drzew, ni to mowę wysiłu tych miejsc nie zdobytych przez człowieka, ni to
się przed nim, wlepiała weń przerażone oczy i mamrotała swe modlitwy. Pewnej nocy, gdy twardo spał, zeszła do piwnicy ze ślepą latarką i wykopała znaczną część skarbu złożonego przez męża. Tę