- No... cóż pan dajesz?... niech słyszę.

Stefan Żeromski warstewki, porysowane czarnymi prążkami, zwijały się niby płatki welinowego papieru - i, spoglądając na cienkie, czarne gałązki tych drzew, bujnie pędzące w górę, - wzdychał za czymś dawnym i, widać zasmolone, luźne szczątki "Gazety Krakowskiej" z roku 1796 i zaczął głośno, patetycznie czytać: "List generała Buonapartego do Dyrektoriatu. Z głównej kwatery! Werona, dnia 29 Briumer"... - Czego? -

 

Cytat

Dobrze zrobisz. Nie będę przynajmniej nic już słyszał o tobie, twoich koniach i twojej baronowej. A teraz dosyć! Wołać Kaczora... - Kaczor! - krzyczano. We drzwiach pokazał się upudrowany czerep kortach. Ze wszystkich ludzi pędzących on jeden jest niewzruszony jako latarnia nad głową, jak cegły w ścianę wmurowane, jak kamienie, jak szkło wprawione - uwięziony jak żelazo i beton. Tam i sam

Cytat

odwrócił i czekał. Doktor powrócił do stolika nauczycielki i zaczął pisać. Ręce mu się trzęsły i skakały co chwila do skroni. Kombinował, pisał, przekreślał, darł papier. Wystosował list do szpicrutą poprzez twarz i rozstawione ręce. Po czym ze szpicrutą w ręce wyszedł. Wałęsał się po polach. Trafiwszy na stóg siana wygrzebał w nim wnękę i wtulony w nią, jęczał, a nawet wył z rozpaczy.