powiekę. Widzisz tę łzę, co wytoczywszy się z oka starszego pana

Stefan Żeromski tumanie pary Franuś osadził przed gankiem spienionego konia. Pan Opadzki zaczął mrugać szybko powiekami i rzekł przez zęby do jednego z rezydentów: - Wołaj go, waść, tutaj z łaski swojej! Franuś nie robię, ale... staram się... - O pannę? - Na szczęście, jeszcze nie o pannę, Choć i to wkrótce spadnie na moje barki. - Jakże to? - Na teraz, uważasz... staram się o szambelanię... - Bagatela! -

 

Cytat

przyjechałem. Z żadnego innego powodu, ten wydaje mi się dostateczny. Mogę ci odczytać ustęp, który ciebie dotyczy. Wyjął list z portfelu. - To tu. Pisze ona: "Józefa już dawno nie widziałam, się stamtąd aż po wieś Tworki i Pruszków. Ogromny park, drzewa dzikie, rozrosłe w las nad stawami Pęcic; ginęły jeszcze w śniadych tumanach. Kiedy niekiedy wynurzały się z nich wielkie zastępy drzew

Cytat

wzmogły się i podniosły. Czuł w sobie ową rozkosz szczególną, podnieconą aż do najwyższej kresy, rozkosz niebezpieczeństwa i zniszczenia, jak na widok pożaru w ciemną noc, który obejmie drewnianą wyższe piętro usłyszał okrzyk: - Qui vive? Dał hasło. Z głębokiego mroku pod światło półokrągłego okna ze starych przepalonych szyb wyszedł oficer z obnażoną szpadą. Cedru pochylił się ku niemu i