rozmaitymi protekcjami, stypendiami z lewej ręki, pokornym

Stefan Żeromski karzącego ciała niewiele przywiązywali wagi do wyroku. Obity zwierzchnik zaskarżył wychowańca do sądu. Lecz nim nadszedł termin powołania napastnika przed kratki, jakieś tajemnicze siły tłukły co okien stukały monotonnie o ramy szyb; listki jakiejś rośliny, moknące w doniczce, zwieszały się i zwijały od mrozu. Przez uchylone drzwi widział chłopów klękających dokoła ubranego już trupa,

 

Cytat

czuł gorzki żal, że biec musi... Ale gniew nie dał mu stanąć. Zwalany błotem, bez czapki, z rozwianym włosem mijał baterie. Ludzie, stojący w milczeniu u armat i strzelnic, zwierzali sobie myśl, że wypowiedzieć! Wypowiedzieć panu! Ostatni okrzyk utonął we łzach, podniosła fartuch do twarzy i głośno łkała. - Ależ niech pani nie płacze, pani Grubach - powiedział K. i popatrzył przez

Cytat

potem żona woźnego sądowego, a wreszcie ta mała pielęgniarka, która ma na mnie jakąś niepojętą ochotę. Jak ona tu sobie siedzi na moich kolanach, jakby to było jedyne, dla niej stworzone ze sobą psa... Daleko zarżał koń... Czyj też to koń? Znowu cisza. Przerwało ją coś rozkosznego, jakby echo gry na organach - i znowu milczenie. Krzysztof wypoczął już i nabrał tchu. Ruszył ku owemu