parobczak. - Ty, gdzieś chodził? - zapytał go rządca ponuro. - Na
Stefan Żeromski jadźwingo-polskiego tamtych okolic. - A cóż, raki ci się łowią? - On by się i łowił, rak bestyja, po deszczu; ta, widzisz, żaby tej paskudnej nagnać nie mogę. Taka mądra i żaba nastała: po tej
już w tym miejscu godzinę czasu, jeżeli nie więcej. Przeczytał już z dziesięć stronic druku nie rozumiejąc ani jednego zdania. Zmieniał pozę na coraz wygodniejszą, coraz mniej tchórzliwą i coraz
Cytat
Jaki sens? - zawołał K. bardziej zdumiony niż rozgniewany. - Ależ kto pan jest? Pan chce widzieć sens, a dopuszcza się największego bezsensu. To doprawdy może przyprawić o rozpacz. Ci panowie
nie umiał godziwie listu napisać i ledwie czytał we wzgardzonym języku. Daleko lepiej władał piórem w mowie niemieckiej i wcale dobrze mówił tym językiem. Mocno nim zresztą pogardzał, równie jak
Cytat
dawniej zwanego. - Dawniej zwanego!... a teraz Josephstadtu... - Cechy, korpus kawalerii, stangreci obywatelów asystujących bez koni naręcznych, berajterowie, trębacze, później szlachta polska na
wypowiedzieć! Wypowiedzieć panu! Ostatni okrzyk utonął we łzach, podniosła fartuch do twarzy i głośno łkała. - Ależ niech pani nie płacze, pani Grubach - powiedział K. i popatrzył przez